Marta Gajewska: Lekarz … wydawać by się mogło, że medycyna wymaga pełnego zaangażowania. Skąd w takim razie chęć dodatkowej aktywności?
"Medycyna nie powinna absorbować w 100%. Dla higieny ciała i umysłu nie można zajmować się tylko jedną dziedziną. Nie mówię, że powinniśmy być jak Leonardo da Vinci, wszechstronnymi ludźmi renesansu. Niemniej zajmowanie się wyłącznie opieką medyczną zubaża samą medycynę. Zdecydowanie jestem zwolennikiem wielostronnego rozwoju, zainteresowania światem, realizowania pasji."
lek. Maciej Prochowski: Medycyna nie powinna absorbować w 100%. Dla higieny ciała i umysłu nie można zajmować się tylko jedną dziedziną. Nie mówię, że powinniśmy być jak Leonardo da Vinci, wszechstronnymi ludźmi renesansu. Niemniej zajmowanie się wyłącznie opieką medyczną zubaża samą medycynę. Zdecydowanie jestem zwolennikiem wielostronnego rozwoju, zainteresowania światem, realizowania pasji.
MG: Dlaczego właśnie karate?
MP: U mnie to chyba kwestia genów, pochodzę z wojowniczej rodziny. A sztuki walki to metoda bezpiecznego, kontrolowanego wyzwolenia agresji czy negatywnych emocji. Zawsze lubiłem wszelkiego rodzaju sporty, uprawiałem wyczynowo jeździectwo. Po ciężkiej kontuzji w dzieciństwie potrzebowałem czasu na rehabilitację i obawiałem się wtedy bezbronności. Pragnąłem powrócić do sportu i wówczas zacząłem myśleć o sztukach walki. Ale z karate spotkałem się dopiero na studiach, bo wtedy trafiło do Polski. Od razu zagrało to z moim temperamentem…Chociaż na studiach uprawiałem lekkoatletykę, grałem w tenisa, skakałem przez płotki, pływałem, byłem w stanie zrezygnować z części tych dyscyplin, dla pasji jaką stało się karate.
MG: A jaki był wtedy w Polsce dostęp do karate? Przecież kolebka tej sztuki to Okinawa, do Japonii karate „przywiózł” Gichin Funakoshi dopiero w 1917 roku … a kiedy dotarło do naszego kraju?
MP: Największa fala karate pojawiła się w Polsce po trafieniu na ekrany kin „Wejścia smoka”. Sam zacząłem ćwiczyć jeszcze wcześniej, to był 1974 rok. Wtedy nie słyszeliśmy nawet o Bruce Lee. W tym okresie zjawił się w Łodzi Chijomaro Schimoda, karateka (3 dan) - teatrolog z Hokkaido. Zamierzał napisać pracę doktorską o teatrze Grotowskiego, a w Łodzi uczył się języka polskiego ... Tu znaleźli go Andrzej Juśkiewicz i Włodzimierz Kwieciński . Właśnie oni namówili Chijomaro na poprowadzenie treningów karate, również miałem okazję w kilku uczestniczyć. Dzięki tym trzem osobom powstała najstarsza w Polsce akademicka sekcja karate działająca do dziś przy Uniwersytecie Medycznym w Łodzi.
MG: Czy trenowanie karate w czasie studiów wymagało poświęceń?
MP: Myślę, że człowiek zawsze może się lepiej uczyć ;) Jednak im więcej masz zajęć, tym znacznie lepiej programujesz czas. Efektywniejsza też jest twoja praca. Ze względu na rodzaj studiów, starałem się podchodzić do treningów w sposób racjonalny. Większość moich kolegów, którzy uprawiali karate wyczynowo, studiowała na innych uczelniach. Mogli poświęcać na to więcej czasu. Na szczęście nienajgorzej sobie radziłem. Na samych studiach treningi nie sprawiały mi trudności. Problemy pojawiły się na początku kariery lekarskiej. Zdarzało się, że przychodziłem do szpitala z podbitym okiem czy pękniętą wargą. W związku z tym, pacjenci nie mieli czasem do mnie zaufania. Ale nie można uprawiać karate, zupełnie nie narażając się na urazy. Zawsze jednak mogłem liczyć na wsparcie mojej żony, która ma wiele wyrozumiałości dla tego zamiłowania i szanuje moją pasję.
MG: Wspomniał Pan, że trenując taki rodzaj sportu, nie da się uniknąć urazu. Czy jako lekarz, uważa Pan, że karate jest dobre dla zdrowia? Czy ryzyko kontuzji nie jest zbyt duże?
MP: Jeśli ćwiczy się mądrze, karate to idealny sposób na rozwijanie sprawności. Mało która z dyscyplin sportowych, a uprawiałem ich wiele, jest tak wszechstronna. Dawni mistrzowie porównywali tę sztukę walki do stołka o 3 nogach, które muszą być równe, by utrzymać równowagę. Pierwsza to sprawność ogólna. Druga: przygotowanie mentalne do walki. Trzecia: aspekt techniczny. Możesz być sprawny i silny, ale jak nie wiesz jak pewne techniki wykonać, to fachowcy cię wykończą. Podobnie jest z opanowywaniem emocji. Te wszystkie aspekty tworzą całość. Dopiero ich harmonia przynosi efekty.
MG: Czy zdarzyło się kiedyś, że karate przydało się w Pańskim życiu zawodowym? Wyprowadziło z kryzysu? Pomogło rozwiązać problem?
MP: Zdarzyło mi się kilka razy zainterweniować w obronie pacjentów. Częściej jednak treningi były sposobem na oderwanie się od problemów z którymi jako lekarz spotykałem się na co dzień. Przez wiele lat pracy miałem do czynienia z ciężkimi przypadkami chorób. Pracowałem na Oddziale Chorób Płuc zajmującym się głownie diagnostyką raka płuca, prowadziłem pracownię bronchoskopową, pracowałem na intensywnej terapii, gdzie leczyło się głównie przewlekłe i zaostrzone niewydolności oddechowe, zaawansowane POCHP czy astmę u starszych osób. Śmiertelność wśród pacjentów była olbrzymia. Obciążenie dla psychiki człowieka bardzo duże. Czasem wystarczyło jednak przyjść na trening, trochę się spocić, uderzyć w worek i to katharsis następowało …Warto też zwrócić uwagę na aspekt odreagowania zawodowych frustracji ... Chociażby teraz podczas strajku. Dla mojego przyjaciela, aktywnego chirurga i przyzwoitego człowieka, strajk nie jest jednoznaczną sytuacją moralną. W takich sytuacjach brakuje treningów w których wspólnie uczestniczyliśmy. Istnieje jeszcze jeden plus. Trening mentalny, o którym wspomniałem. Umiejętność oddychania, koncentracji, opanowywania stresu, poczucie pewności siebie – takie rzeczy bardzo się przydają podczas wystąpień publicznych, których czasem nie da się uniknąć.
MG: Warunkiem równowagi pomiędzy trzema „nogami” tego „stołka” jest systematyka ćwiczeń. Czy warto zatem w ogóle zaczynać, jeśli nie ma się pewności, co do kontynuacji?
MP: Uważam, że warto jest poznawać nowe rzeczy. Nie dla każdego sztuki walki staną się drogą życia, jednak każdemu jakiś element karate może się przydać. Dyscyplina wewnętrzna, praca nad poczuciem równowagi, ogólna sprawność fizyczna, aspekt samoobrony. Przy braku systematyki, umiejętności sportowych może się nie osiągnie, niemniej pewne odruchy zostają.
MG: Warto zatem wprowadzać karate w szkołach? Czy nie będzie to wbrew edukacyjnemu programowi „Zero tolerancji dla agresji”? Czy trenowanie sztuk walki, nie stanie się dodatkowym sposobem przemocy wśród młodych, zamiast rozwijać umiejętność panowania nad własną agresją?
MP: Zagadnienie to jest bardzo złożone. Tu nie ma prostej odpowiedzi. Byłem kiedyś trenerem sekcji dziecięcej i przez kilka lat mogłem prowadzić obserwacje w tym zakresie. Wszystko zależy od grupy wiekowej. Wśród 5-8 latków karate to ewidentna zabawa. Największy wpływ mają wtedy mądrzy rodzice i trener. Później wiele zależy od tego jakie poglądy etyczne wyniosło się z domu. Dla przykładu: Amerykanie wprowadzili kiedyś ciężki trening karate do więzień, jako program resocjalizacji. Niestety wiele jednostek penitencjarnych się z tego wycofało, program nie zdał egzaminu. Okazało się, że wśród tych, którzy już mieli zniekształcone wartości etyczne, karate stało się tylko kolejnym narzędziem agresji. Z drugiej strony … jestem w stanie podać wiele przykładów na to, że karate może pomóc w różnych sytuacjach życiowych. Zaczynając od obrony przed atakiem na ulicy, kończąc na trudnościach zdarzających się w pracy, szkole czy na studiach.
MG: W takim razie - czy trener jest w stanie wyłapać w grupie dziecko, które może wykazywać nadmierną agresję? Czy jest w stanie zapanować nad wybuchami przemocy?
MP: W najmłodszej grupie wiekowej bardzo trudno byłoby zauważyć coś takiego. Dzieci traktują karate wyłącznie jak zabawę. Nie uczymy ich tych agresywniejszych technik. Wśród nastolatków już da się wyłapać tendencje do niekontrolowanej agresji. Jeśli ma się kontakt z takim człowiekiem, można nad tym zapanować. Jeśli jednak spotykając się z nim raz czy dwa razy w tygodniu, nie mamy szansy by wpoić mu zasady uczciwego życia. Dawniej zdarzały się incydenty wykorzystywania sportów walki dla złych celów. Nie szukając daleko – jeden z groźniejszych gangów, działający na terenie Zgierza, który sam nazywał się „Gangiem zapaśników”. Prawda jest jednak taka, że przy obecnym dostępie do broni, tym którzy nastawieni są na bezpośrednią agresję, nie opłaca się trenować sztuk walki.
MG: W historii karate funkcjonowało wiele różnych nazw czy tłumaczeń. Od „tajemniczego karate”, przez „pustą rękę”, „wibrującą rękę”, czy „rękę wojownika”. Czym jest karate dzisiaj?
MP: Wiele tłumaczeń związanych było z legendami o zadawaniu śmierci jednym ciosem – stąd na przykład „wibrująca ręka”. To określenie odzwierciedla podtorebkowe pęknięcie śledziony. Przypadki tego typu uszkodzeń analizowane były kiedyś w piśmie medycznym „The Lancet”. Badania naukowe i konfrontacje między stylowe dowiodły, ze większość tych tłumaczeń to mity. Osobiście uważam, że najlepszą nazwą jest najstarsze budo – droga wojownika. Określenie to wiąże się nie tylko z kulturą japońską czy dalekowschodnią, ale również z rycerską kulturą europejską.
MG: Podsumowując… czy w takim razie medycyna i karate to wbrew pozorom pokrewne dziedziny?
MP: Medycyna, rodzina, praca, mogą wypełnić całe życie. Ale karate to jedna z najważniejszych, dobrych rzeczy, jakie mnie spotkały w życiu. Zresztą bardzo wielu lekarzy było u początku różnych stylów pokrewnych karate. Postacie nietuzinkowe w świecie karate i lekarskim. Niezaprzeczalnie, medycyna i sztuki walki wzajemnie się wzmacniają.
MG: Dziękuję za rozmowę.
drukuj
zmień rozmiar czcionki

