Blog o zdrowiu jest częścią portalu poradnikmedyczny.pl blogi | zdrowie
nini
Lepiej spłonąć niż powoli wyblaknąć
2005-08-31 14:53  15
I prawie koniec wakacji......
Wczoraj pojechałam z przyjaciółkami do "wielkiego świata" na zakupy. Miało to być nasze pożegnanie wakacji, ale dzisiaj znowu robimy ponowne pożegnanie wakacji. Tym razem juz niestety ostatnie. Idziemy się upić.

A jutro szkoła, eh, cieszę się, ale moja paczka będzie rozbita. Hania w mat-inf., Aga i Ryjek w humanistyczno-prawnej, Iwonka i ja w biol-chem., a Dorinka w innej szkole. Mam nadzieję, że nasz przyjaźń przetrwa.
2005-08-28 22:08  14
Pogodziłam się z Dorinką!!!! Czuję się tak lekko i radośnie. Poczułam jak ten ogromny ciężar spadł mi z serca. Dopiero gdy się ze sobą pogodziłyśmy zauważyłam, że przez ten miesiąc kiedy ze sobą nie rozmawiałyśmy było mi źle. Może nie świadomie, lecz jednak gdzieś tam w głębi duszy czułam, że coś jest nie tak. Także w naszej paczce natychmiast oczyściła się atmosfera. Kiedy między mną, a Dorinką były nieporozumienia, ciągle coś wisiało w powietrzu. A teraz wreszcie jest dobrze!!
Zrozumiałam, że jest jaka jest, nie zmienię jej, muszę ją zaakceptować. Jest moją przyjaciółką. Pomimo jej wad chcę aby była przy mnie. Potrzebuję jej i jej bliskości, naprawdę mi jej brakowało!!
2005-08-27 12:53  13
Zostały cztery pełne dni do rozpoczęcia szkoły. Trochę się boję, nie wiem jak to będzie, nowa klasa, nowi nauczyciele, nowe wymagania. Ale też będę coraz bliżej upragnionej medycyny...

Zresztą czy ja mam jeszcze w ogóle jakieś pragnienia?? Nic mnie nie cieszy, nie mam ochoty na nic. Wszędzie widzę brud, boję się, on na mnie włazi. Czuję się wypalona, zniszczona, ile ja mam lat?
Trzydzieści? Czterdzieści? A może siedemdziesiąt? Tak się właśnie czuję...

"Łzy nie są oznaką naszej słabości, ale dowodem na to, że nasze serce nie wyschło i nie stało się pustynią..."

Tak? A więc moje serce wyschło i stało się pustynią...
2005-08-25 16:03  12
Pojechałam dzisiaj po moją babcię do szpitala. Przez trzy tygodnie była na oddziale zamkniętym. Nie wiem jak mogłam przeoczyć moment, w którym moja babcia z pełnej energii kobiety, zamieniła się w zmęczoną życiem staruszkę. Nie pamiętam kiedy ostatni raz widziałam jak moja babcia się uśmiecha. Podczas rozmowy z ordynatorem mój tata zapytał czy jest jakaś nadzieja, że stan mojej babci się poprawi lub całkiem wróci do dawnej kondycji fizycznej i psychicznej.
Lekarz odpowiedział, że teoretycznie szansa jest zawsze, ale cos tam coś tam.... Boże! Nie mogłam tego słuchać! Jego gadanie i w ogóle postawa mojej rodziny. Miałam wrażenie, że im jest to wszystko obojętne! Albo może nie zupełnie obojętne, ale oni spisują moją babcię na straty! Szczególnie lekarze, pielęgniarki i cały personel. "ach, stara kobieta, oprócz zapisania leków nie można nic zrobić."
Kilka schematycznych zdań, wypis, leki i do widzenia.

Przygnębia mnie coś takiego, czy ci lekarze naprawdę nie mają nadziei, że kogoś WYLECZĄ, a nie tylko PODLECZĄ??
2005-08-22 21:19  11
Było lepiej, w zeszłym roku będąc na wakacjach w tym samym miejscu co tym razem, czułam się zupełnie fatalnie. Te miejsca przypominały mi jak wyglądałam i jak się zachowywałam w zeszłym roku. Ale nie chcę teraz o tym pisać. W każdym razie wyglądałam jak typowa anorektyczka i tak samo się zachowywałam i czułam. W tym roku było zupełnie inaczej.

Jestem teraz na rozdrożu dróg. Wszystko zależy od tego jaką drogę wybiorę. Pierwsza droga jest trudna i bardzo ciężka, ale prowadzi do cudownego celu. Wybierając ją postanowię zrobić wszystko, aby być szczęśliwą. Zaangażuję się w naukę i życie towarzyskie. Będę miała świetne oceny, dostanę się na medycynę i zostanę lekarzem psychiatrą, który rozumie swoich pacjentów. Ta droga jest bardzo ciężka. Aby żyć normalnie, aby się dobrze uczyć, spotykać z ludźmi będę musiała pokonać wiele trudności, zwalczyć lęki, a nie wiem czy mi się to uda.

Mogę też wybrać drugą drogę. Jest ona krótka. Po prostu zrezygnować. Ostatnie kilka razy wybrać sie do mojej lekarki, napisać do osób, które mnie jeszcze w miarę rozumeją. A potem koniec, tabletki, alkohol i...pustka.

Nie wiem którą drogę wybrać. Myślę, że na tym rozdrożu pozostanę jeszcze przez kilka tygodni.
2005-08-11 11:34  10
Jutro wyjeżdżam. To chyba dobrze, co prawda w domu nie jest tak źle, ale chcę wyjechać. Wczoraj byłam na pogrzebie chrzestnej mojego taty. Nie znałam tej cioci zbyt blisko, ale gdy widziałam jak wszyscy płaczą, też miałam w oczach łzy. To dziwne. Myślałam, że ja już nie potrafię płakać. Chciałam być obojętna na zawsze, a tu taka niespodzianka. Masakra.
Płacz. Oznaka słabości? Nie, ulga. A może oznaka kompletnej frustracji, rozpaczy, załamania. Nie chcę płakać. Nigdy.
Wczoraj pierwszy raz widziałam jak płacze mój tata, płakał ściskając wujka - męża cioci która umarła. Płakali oboje, płakali dorośli mężczyźni. Odwróciłam głowę, nie mogłam na to patrzeć. Nienawidzę, kiedy dorośli płaczą, kiedy oni rozpaczają, tracą głowę. Wtedy czuję jak wali mi sie grunt pod nogami. Gdy nawet oni się załamują znika całe moje bezpieczeństwo. Przecież ktoś musi być silny, ktoś musi pocieszyć i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. A jeśli nie oni, dorośli, to kto??
2005-08-07 21:25  9
Wróciłam. Miałam zostać jeszcze przez kilka dni, ale nie chciałam, bo muszę się przygotować i pobyć trochę w domu przed kolejnym wyjazdem. Wyjeżdżam w piątek 12 sierpnia.

Odpoczęłam trochę od domu, od tego ciągłego lęku, przed zabrudzeniem. Kiedy nie jestem w domu, nie boję się tak bardzo, że ktoś lub coś zniszczy moją czystość. Teraz znowu kilka dni w domu, muszę ten czas spędzić wśród ludzi lub książek, aby czas minął mi jak najszybciej.

Od czterech dni biorę seroxat. Naczytałam się w internecie o skutkach ubocznych tego leku. Ze niby na początku jest senność albo bezsenność, mdłości, zawroty głowy itp. Ale to nieprawda! Na mnie to nie skutkuje! Nic mi nie było, po prostu zaczęłam brać ten lek i tyle. Nic nie odczułam. Kompletnie nic! Czy ja jestem już zbyt uodporniona na leki? Nie wiem....


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


"Świat, w którym, żyjemy nie jest prawdziwy. Istnieje inny świat, świat idealny, nasz świat jest tylko kopią.

Istnieje idea cżłowieka, prawdy, drzewa, dobra i wiele innych. Na szczycie tych idei stoi idea dobra.

Nasze dusze mieszkały kiedys w idei, lecz zostały za karę zamknięte w ciele. Jedyne wyzwolenie duszy to śmierć ciała."


Przeczytałam to wczoraj. Tak, Platon miał rację. Zgadzam się z nim. Chcę wrócić do świata idei. Moja dusza jest uwięziona w ciele. A skoro jedynym wyzwoleniem duszy jest śmierć ciała...
2005-08-03 19:34  8
Byłam u Pani Doktor A. Wcale nie powiedziałam jej, że nie chcę żadnych leków i że nie chcę już do niej chodzić. Wręcz przeciwnie - zgodziłam się, żeby mi zapisała nowy lek. Nie powiedziałam też, że chcę umrzeć. Powiedziałam tylko, że jest niedobrze. Chciałam jej o tym wszystkim opowiedzieć, ale nie mogłam, bo moja matka siedziała tam i truła...

Wymyślam już coraz szczegółowiej jak TO zrobić, ale narazie to jeszcze moja tajemnica, jeszcze poczekam, może się coś zmieni? Na następnym spotkaniu z Panią A. powiem jej, że chcę umrzeć, żeby później nikt nie miał pretensji, że nic nie mówiłam.

Jutro wyjeżdżam na kilka dni, nie mogę już tu wytrzymać, minął dopiero tydzień od mojego powrotu do domu, ale jestem już strasznie wykończona. Jakby jeszcze tego było mało, pokłóciłam się z Doris. Zbyt długo pozwalałam, aby mną pomiatała. I w ogóle ona się chyba też trochę kontrolowała, ale teraz? Teraz będziemy chodziły do dwóch innych szkół, więc stwierdziła, że może mnie olać, nie jestem już jej potrzebna.

Stwierdzam, że Pani A. się starzeje. Gada trzy po trzy i zaczyna klepać przestarzałe formułki. Być może nie są to formułki wyuczone z książek, ale gada strasznie schematycznie i stereotypowo. Ale zaraz, zaraz, czy ona przypadkiem zawsze tak nie gadała? Może tego nie zauważałam, ale może tak było zawsze.
Jednak trzeba jej przyznać, że jest wyrozumiała, a może naiwna...? Nie zraża jej fakt, że ja po raz kolejny odkładałam tabletki. Ona wciąż zapisuje mi nowe! Gdybym chciała, mogłabym sobie teraz swobodnie zbierać leki. Ale nie chcę, teraz wymyśliłam nowy sposób samobójstwa. Zresztą Pani A. mnie przekonała, że nie mam po co zbierać tych leków, bo tylko odbieram sobie szansę na poprawę, a lekami tego rodzaju jest ciężko się zabić, są tańsze i bardziej skuteczne do tego celu leki. To znaczy może nie powiedziała tego tak wprost. Swoją drogą to nie wiem czy nie kłamała, może po prostu chciała mnie zniechęcić do zbierania tych tabletek. A jeśli mówiła prawdę to dlaczego dwa lata temu po połknięciu zaledwie 30 sztuk robili mi płukanie żołądka? Oj, Pani A., coś Pani kręci... I ja się dowiem co...
2005-08-02 18:14  7
Pani A,

Przez cały rok szkolny, od września, niemalże aż do końca czerwca skupiłam się na nauce. W naukę włożyłam całą moją energię, którą dotychczas zużywałam na zmartwienia i cierpienie.

Pewnie pamięta Pani, że w zeszłe wakacje ważyłam 39kg, groziła mi Pani szpitalem jeśli nie przytyję. Byłam zupełnie skoncentrowana na jedzeniu, wpadłam w okropną depresję, nigdzie nie wychodziłam, nic mnie nie interesowało. Nie miałam siły się uczyć, skończyłam drugą klasę gimnazjum z marną średnią: 4,2 (moja niska średnia była też skutkiem pobytów w szpitalach). Nie miałam też siły wychodzić z domu, nie chciałam nigdzie wyjeżdżać. Nieważne były oceny, znajomi, wakacje. Ważne było tylko to, aby zobaczyć mniej na wadze.

Później rozpoczął się wrzesień, zaczęła się szkoła. W mojej głowie pojawił się nowy cel: szkoła. Uczyłam się bez przerwy. Pierwszy semestr skończyłam ze średnią 5,0. Zaczęłam też zauważać, że osoby w mojej klasie wcale nie są potworami i można się z nimi nawet zaprzyjaźnić. Znalazłam grupę przyjaciółek. Przestałam siedzieć w domu, spotykałam się z ludźmi i...chyba byłam szczęśliwa! Co prawda lęki i natręctwa wciąż były, ale dobre oceny dawały mi tak ogromną satysfakcję, że czułam się po prostu jak na skrzydłach. Bardzo wiele zawdzięczam też mojej polonistce. Co prawda uczyła mnie tylko przez trzy miesiące, ale te trzy miesiące dały mi o wiele więcej niż dziewięć lat nauki w szkole. Dzięki tej nauczycielce zrozumiałam, że pisząc - nawet wypracowania szkolne - można czerpać bardzo wiele. Nauczyłam się pisać wszystko bardzo osobiście, angażować w to siebie. Teraz wiem, że żaden temat nie jest nudny ani banalny, z wszystkiego można zrobić cudowną bajkę, zdumiewający referat, własną litanię próśb, skarg oraz pragnień. Co tylko dusza zapragnie, wszystko zależy od wyobraźni piszącego! Pani K. uwierzyła we mnie, pokazała mi, że jestem jednak coś warta i myślę, że wcale nie "wlewała mi", jak to niektórzy potrafią. Potrafiła być ironiczna, złośliwa i przede wszystkim była okropnie surowa, ale też sprawiedliwa. Mówiła szczerze to co myślała, większość mojej klasy modliła się, żeby już wróciła z urlopu macierzyńskiego nasza była nauczycielka, mieli już dosyć tego rygoru, tego tempa, tych nagłych sprawdzianów, z których cała klasa dostawała szmaty. Ale nie ja, ja uwielbiałam Panią K. Na każdą lekcję musiałam być przygotowana, niedopuszczalny był najmniejszy błąd, Pani K. na mnie polegała, oczekiwała, że będę świeciła przykładem całej klasie, że zawsze ja dostanę szóstki za wypracowania, dyktanda, sprawdziany, konkursy. Nie przeszkadzała mi ta presja, Pani K. wierzyła, że jestem najlepsza z języka polskiego i ja też zaczęłam w to wierzyć. Klasa także zaczęła inaczej na mnie patrzeć. Zawsze starałam się mieć dobrą pozycję w klasie, a od czasu kiedy uczyła mnie Pani K. upiekłam dwie pieczenie na jednym ogniu, za pomocą dobrych ocen, zyskałam szacunek mojej klasy. W drugim semestrze, nie spędzałam na nauce tyle czasu co w pierwszym, zaczęłam się bać, że moje oceny na koniec mogą wypaść gorzej. Ale moje obawy okazały się bezpodstawne. Skończyłam gimnazjum ze średnią 5,3. Dostałam się do wszystkich szkół, do których złożyłam podania.

Ale czy jestem zadowolona?? Nie, nie jestem! Co z tego, że miałam najlepszą średnią w klasie?! Co z tego, że będę się uczyła w najlepszym liceum w mieście, w klasie biologiczno-chemicznej?! To nieważne! Nieważne, bo ja już nie chcę! Mam dość... Tak bardzo chciałabym zostać lekarzem, ale nie mam siły dalej żyć...

Jutro się z Panią zobaczę. Co ja Pani powiem...? Nie mam pojęcia. Nie byłam u Pani przez cztery miesiące. Wiele się wydarzyło. Nie chcę iść do Pani! A jeśli już będę musiała to powiem, że nie chcę żadnych leków, że one mi gówno dają i nic od Pani nie chcę. Powiem Pani, że nie mam już siły, jest coraz gorzej i chcę umrzeć. I nie będę płakać!
2005-08-01 19:53  6
Każda noc nie jest dobra
w każdej czai się zło

Żaden dzień nie jest dobry
wtedy zło wychodzi na jaw

Boże
spraw by nastała wieczna noc
aby zło ukryło się na zawsze
2005-08-01 19:51  5
Straciłam całą moją wrażliwość. Kiedyś przeżywałam wszystko strasznie mocno. Wzruszałam się, martwiłam. Teraz prawie nic mnie nie martwi. Nic mnie nie potrafi wzruszyć, każde nieszczęście jest odległe, nieważne, obojętne. Nikt nie jest w stanie mnie skrzywdzić, każde słowo, skierowane we mnie, aby mnie zranić, przenika przeze mnie i odchodzi nie zostawiając śladu.

Obojętność. Tak, smutek na zawsze.
Poleć stronę » Wpisz adres email osoby której polecasz stronę:
© 2005-2012 Activeweb Medical Solutions.
Blog o zdrowiu jest częścią portalu www.poradnikmedyczny.pl | zdrowie | kardiologia | ginekologia.